Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 28 sierpnia 2011

3 tydzień

Jestem 200 km przed granicą Polski. Zdjęcia do tego postu wstawię już w Polsce. Teraz wsiadam na motocykl i pędzę w stronę ojczyzny!

Przyszedł czas żeby opowiedzieć o moim ostatnim tygodniu pracy w Madrycie. To był najważniejszy moment całego pobytu w Hiszpanii. Te siedem dni to był czas wzmożonego wysiłku fizycznego, umysłowego ale również duchowego. Tego potrzebowałem. Po to właśnie przyjechałem do Madrytu.

Do Madrytu zaczęli przyjeżdżać pielgrzymi. Na ulicach, w metrze, w restauracjach. Wszędzie pełno młodych ludzi obwieszonych flagami swoich krajów. Zaczęła tworzyć się atmosfera Światowych Dni Młodzieży.

Każdego dnia, do naszego ośrodka w którym mieszkaliśmy, przybywały tysiące grup pielgrzymów, po to, by się zarejestrować i odebrać swój plecak pielgrzyma. Osoby pracujące przy rejestracji miały co robić. Kolejki były ogromne. Nieprzerwana rzeka ludzi od rana do wieczora przewijała się przez hale. Bardzo dużo pracy pojawiło się wtedy w magazynie, gdzie wolontariusze pakowali do plecaków wszystkie niezbędne rzeczy potrzebne pielgrzymowi do przeżycia w Madrycie (m.in. wachlarz, czapkę). W magazynie pracowałem więc i ja. Było zabawnie. Pakowanie plecaków na czas; wymyślanie najbardziej efektywnej linii do zapakowania wszystkich gadżetów… Walczyliśmy z monotonią jak się tylko dało.

Do Madrytu przyleciała również moja siostra. Przywiozła mi prostownik do ładowania akumulatora oraz część którą złamałem podczas wywrotki. Ucieszyłem się bardzo, bo wreszcie mogłem zacząć pracować nad motocyklem. Po 12h ładowania akumulatora, szczęśliwy poszedłem go zamontować i sprawdzić czy motocykl odpali. I co? Odpalił! Z uśmiechem na ustach pobiegłem po kask i ruszyłem do miasta na przejażdżkę. Moja radość nie trwała jednak długo. Po 30 min jazdy problem znowu wrócił. Wtedy wiedziałem już że to nie akumulator. Byłem w punkcie wyjścia. Pozostało znaleźć serwis i tam szukać pomocy. Następnego dnia byłem już w serwisie Hondy. Modliłem się o to, żeby nie kazali zostawić motocykla na kilka dni w oczekiwaniu na części. To było na 4 dni przed moim powrotem. Miałem szczęście, po raz kolejny! Diagnoza była krótka. Przepalona kostka łącząca przewody akumulatora, regulatora napięcia i alternatora. Kamień spad mi z serca! Wymienili kostkę od ręki. Po 2 h motocykl był już sprawny a ja stałem się biedniejszy o 90 Euro! Dużo, ale mogło być gorzej.




Do Madrytu przyleciał wreszcie papież! Pracowałem w sekcji zabezpieczania drogi którą przejeżdżał papamobil. Papież mijał mnie w odległości 5 metrów ode mnie. Miałem najlepsze miejsce jakie można było sobie wymarzyć. Stałem pierwszy. Dzięki temu widziałem go aż cztery razy. On za to pewnie mnie nie zauważył ani razu. Ale nie o to chodzi.




W Madrycie zaczęły odbywać się różne spotkania z Benedyktem. Pierwszy raz można było zobaczyć wreszcie wszystkich pielgrzymów w jednym miejscu. Mimo tych ogromnych różnic kulturowych które nas dzieliły, czuć było jedność. Wiara była naszym wspólnym mianownikiem.





Najważniejszą uroczystością było nocne czuwanie z papieżem na lotnisku wojskowym na obrzeżach Madrytu. To był niesamowity widok, patrzyć na kilkumilionowy tłum zgromadzony w jednym miejscu! Stojąc w miejscu i obracając się dookoła, po sam horyzont było widać tylko masę ludzi! Niesamowite! Byłem w Kolonii na ŚDM w 2006 roku i to właśnie moment w którym wszyscy spotykaliśmy się na placu, modliliśmy i spaliśmy pod niebem, zrobił na mnie największe wrażenie! Tu było podobnie. Takie chwile zostają do końca życia.




W niedziele rano papież odprawił Mszę Świętą. To był ostatni punkt ŚDM w Madrycie. Po mszy wszyscy pielgrzymi ruszyli w drogę powrotną do swoich krajów. Wolontariusze natomiast wrócili do ośrodka w którym mieszkaliśmy, ponieważ mieliśmy spotkanie z papieżem! Tylko i wyłącznie wolontariusze! O tak, to spotkanie zrekompensowało wszelkie niedociągnięcia które pojawiały się przez ostatnie 3 tygodnie. Wtedy to naprawdę się już nie liczyło! To była zapłata za naszą pracę. Było bardzo wzruszająco…

Po tym, jak papież odjechał, zaczęło robić się już naprawdę smutno… Każdy zaczynał się pakować. Pierwsze pożegnania… To była najsmutniejszy wieczór. Ludzie chłonęli ostatnie wspólne chwile razem. Położyłem się wtedy bardzo późno.

Światowe Dni Młodzieży tworzą ludzie. Przez ostatnie tygodnie poznałem dziesiątki różnych osób. Różne kraje, inne kultury, odmienne charaktery… Każda z nich inna. Każda wniosła coś do mojego życia. Wspaniali ludzie. To by było cudowne, otaczać się takimi ludźmi na co dzień. Będzie mi ich brakować. Dziękuję!


A teraz chciałbym napisać kilka słów o jednej z tych wyjątkowych osób… Dzięki tej osobie mogłem kontynuować podróż do Madrytu. Ale nie to było chyba najważniejsze… Stała się moim duchowym opiekunem. Od samego początku wspierała mnie swoim dobrym słowem i modlitwą. Niejednokrotnie czułem się zawstydzony i nie wiedziałem jak mam się odwdzięczyć za to wszystko co dla mnie robił i wciąż robi. Człowiek bezgranicznie oddany swojej pracy. Z podziwem słuchałem jego opowieści. Niesamowita osoba! A przy tym bardzo uparta! Dziękuję, że pojawiłeś się na mojej drodze. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się odpłacić mu za to wszystko czym mnie obdarowałeś. Do zobaczenia w Krakowie! Mamy sobie do pogadania! Nie ma tak łatwo ze mną!

1 komentarz: